Data: 01-03-2026

Misyjne oblicze miłosierdzia

W lutym 2026 r. w parafii Łazy-Moszczany pw. Podwyższenia Krzyża Świętego i św. Wincentego a Paulo, w dekanacie Radymno II gościła siostra Agnieszka Jasińska rodem z województwa zachodnio-pomorskiego. Słowem i prezentacją wizualną w kościele w Łazach przybliżyła tematykę misyjną. Siostra Agnieszka - Szarytka obecnie przebywa we wspólnocie Sióstr w Moszczanach.

Z Siostrą Agnieszką Jasińską, która przez ostatnie 17 lat była misjonarką w Kamerunie, o posłudze misyjnej rozmawia Zdzisław Wójcik.

Z.W.: - Jak zrodziła się myśl o posłudze misyjnej i jakie należało spełnić warunki, by móc zostać misjonarką?
A.J.:- W mojej rodzinnej parafii, w Karsku koło Gorzowa Wielkopolskiego, są salezjanie. Kiedyś lekcje religii były w salkach katechetycznych i mieliśmy takiego fajnego księdza Bernarda, który nas zaraził wszystkim, co do nas mówił. To było u niego tak autentyczne, nie była to tylko teoria, ale całe jego życie, całe jego podejście do nas, do dzieci, do młodzieży, do starszych. I on pojechał na misje do Ugandy. Kiedy po dwóch latach przyjechał na swój pierwszy urlop, to przyjechał do naszej parafii. Nigdy nie zapomnę tego spotkania. Ks. Bernard był taki wychudzony, z długą brodą - kiedyś patrzyło się na misje, że ludzie tam tracą zdrowie, życie itd. I kiedy wyszliśmy z kościoła po Mszy św., nie wiem dlaczego, bo było bardzo dużo młodzieży i dzieci, które go uwielbiały, on podszedł do mnie i zapytał: "Agnieszka, a Ty co robisz?" Odpowiedziałam, że jestem w liceum ekonomicznym i za rok zdaję maturę. Ksiądz popatrzył na mnie, uśmiechnął się i powiedział: "Afryka czeka na Ciebie, nie zapomnij o tym". Myślę, że to moje powołanie misyjne się od tego zaczęło. Potraktowałam to jako swoisty testament. Z ks. Bernardem nigdy nie miałam kontaktu, jak był na misjach. Będąc w liceum, poznałam podczas rekolekcji szarytki i tak to się zaczęło. To było jedyne Zgromadzenie, które znałam. Uczęszczałam do sióstr w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie spotkałam siostrę Stanisławę Krasucką, która praktycznie przywiozła mnie do postulatu, do Krakowa.
Historia z ks. Bernardem zakończyła się następująco: w dzień moich pierwszych ślubów świętych, kiedy przyjechali rodzice, kilka osób z rodziny, po Mszy św., gdy przed małym przyjęciem spacerowaliśmy po ogrodzie, rodzice powiedzieli, że ks. Bernard został zamordowany w Ugandzie. To było w dzień moich ślubów, gdy się dowiedziałam o jego śmierci. Wiadomość ta, jego śmierć, jeszcze bardziej na mnie wpłynęły, bardziej przynagliła, by jednak nie zapomnieć o tym, co mi powiedział. I myślę, że świadectwo jego życia, jego powołanie, wpłynęło na moją drogę misyjną. Trafiłam do Centrum Misyjnego w Warszawie i tam się przygotowywałam. Później byłam osiem miesięcy w Paryżu, na rue du Bac, żeby się przygotować językowo. Byłyśmy z różnych krajów, różnych narodowości. W Centrum Misyjnym w Paryżu żadna z nas nie znała języka francuskiego, musiałyśmy się jakoś porozumieć. Jestem radosnym człowiekiem, otwartym, więc bardzo się tym wszystkim ucieszyłam. Czekałam, aż Matka mnie wezwie i powie do jakiego kraju mnie posyła. Tak niesamowicie się tym cieszyłam, że dla mnie te wszystkie małe problemy, czy językowe, czy adaptacja do warunków, właściwie nie miały znaczenia.

Z.W.:- Placówka misyjna w Afryce i zadania przed Siostrą postawione to...
A.J.:
 - Moja pierwsza misja w Kamerunie nazywała się Dschang. Po przyjeździe czułam jakby sen się realizował. Trafiłam do mojej pierwszej wspólnoty, gdzie przełożoną była siostra Aleksandra Wydra, a było nas wtedy dziewięć sióstr z sześciu krajów. W ogóle misje przeżywam w sposób bardzo pozytywny. Jestem Panu Bogu wdzięczna za te misje, jestem bardzo szczęśliwa, że te 17 lat tam przeżyłam. Były trudne momenty, chwile samotności, sytuacje, kiedy masz wrażenie, że nikt cię nie rozumie. Momenty, gdy musisz podejmować bardzo ważne decyzje, bo na misjach robi się wszystko. I to nie jest tak jak w Polsce, gdzie się nas przygotowuje różnymi formacjami, kursami, szkołami, studiami. Tam przyszłam do szpitala i na drugi rok już byłam anestezjologiem. Doktor postawił mnie przy stole podczas operacji, trzeba było uśpić chorego i kazał podczas całej operacji czuwać nad dobrym jej przebiegiem. Trzeba było stać i czuwać, bo już wiedziałam, że w tym momencie od tej małej ekipy zależy życie.
Inna sytuacja. Bardzo szybko, po pierwszym roku, wysłali mnie na misje do buszu i siostra mi powiedziała: "Agnieszka będziesz konsultować w ośrodku zdrowia". Przepisywałam leki, wypisywałam recepty. Jeszcze wielu chorób nie znałam. Na to nie było czasu, nikt się mnie nie pytał czy znam. Trzeba było się uczyć samemu, trzeba było szukać, wertować książki, tłumaczyć z polskiego na francuski np. terminy medyczne itd. Na misjach na wiele rzeczy nie ma czasu. Tam się działa szybko. Szczególnie jeżeli chodzi o kwestie ratowania życia.
Myślę, że misja to jest taki cudowny moment, gdzie można się nawrócić. To jest naprawdę niesamowite, co Pan Bóg z nami robi. Trzeba zapomnieć o sobie. Niemożliwym jest, by ktoś przyjechał na misje i kręcił się wokół siebie. Każdy krok pokazuje coś innego - to jest takie wyzwalanie się z samego siebie, ogołacanie się z siebie dla Niego. Misja bardzo pomaga w pracy nad sobą, bardzo. Jeżeli ktoś naprawdę chce coś z sobą dobrego zrobić i wykorzystać dobrze ten czas - to służy temu nie tylko praca, chociaż jest jej mnóstwo, ale jest też także dojrzewanie w powołaniu. Jako misjonarze mamy się dzielić tym bogactwem, w które nas Pan wyposażył, tą całą formacją jaką mamy w sobie, tym ciągłym nawracaniem się do Niego i dla Niego. Ci ludzie oczekują, żebyśmy im pokazali realnie, że Pan Bóg jest, że dla Niego żyjemy i że życie może być piękne, jeżeli jest przeżywane w Jego obecności.

Z.W.: - Podczas świadectwa mówiła Siostra o dzieleniu się...
A.J.:
-Jeśli wchodzisz do jakiejś chaty, gdzie mama w garnku ma ostatnią rzecz, która ma jej służyć, już nie ma nic na jutro do jedzenia, a ma w domu jeszcze dzieci, ona i tak ci to da. Jeszcze resztkę weźmie i włoży do woreczka, przygotuje, żebyś z czymś wyszedł. Oni nie myślą o jutrze - dzielą się do ostatniej rzeczy. Mają tak niesamowity, głęboki sens dzielenia się i obdarowywania.

Z.W.: - Miejscowi również bardzo szanują drugiego człowieka...
A.J.:
- Rzeczą, jaka uderza na misjach jest szacunek do drugiego człowieka, szczególnie do starszego. Tam jest niemożliwe, żeby np. gdy jestem młodsza od ciebie, żebym się do ciebie zwróciła po imieniu. Są też inne, zewnętrzne wyrazy szacunku, które się okazuje w postępowaniu czy w ustępowaniu krzesła, czy podawaniu jedzenia, zawsze trzeba najpierw zadbać o starszych.

Z.W.: - Potrafią też być wdzięczni?
A.J.:
- W Kamerunie bardzo uderzająca jest wdzięczność. Są wdzięczni za wszystko. Za najmniejszą rzecz, jaką zrobisz. To aż czasami krępuje. Trzeba bardzo uważać, żebyśmy rzeczywiście w tym wszystkim nie zajęli miejsca Pana Boga. W pracy z ubogimi trzeba być bardzo rozważnym i mądrym. Trzeba zawsze pamiętać, że ubogich należy formować, edukować. Nie można ich uzależniać od siebie. Zawsze jesteśmy po to, żeby pomóc komuś się wybić, by wziął się w garść i stał się niezależny. Gdy przyjeżdżamy np. z misji do domu i każda siostra dzieli się tym co robiła w szpitalu, w szkole wtedy łatwiej jest nam skonfrontować pewne sytuacje. Również nasze zachowanie, to czy jesteśmy na dobrej drodze pomagania, czy nie krzywdzimy ich swoją asystencją, tym że ciągle przy nich jesteśmy.

Z.W.: - Przez kilka lat pracowała Siostra w więzieniu...
A.J.:
- Przez prawie 8 lat pracowałam jako pielęgniarka w bardzo dużym więzieniu w stolicy. To dla mnie było niesamowite doświadczenie. Nigdy, nawet gdy byłam w domu we wspólnocie, nie wypowiadałam słowa "więzienie" albo "więzień". Mówiłam "moi koledzy". Wszyscy w domu w całej prowincji wiedzieli, że to są koledzy "siostry Agnieszki". Bardzo lubiłam tam pracować. Więzienie w Kamerunie nie ma żadnego porównania z więzieniem w Polsce. Jeżeli chodzi o wielkość, to mówi się, że może pomieścić do trzech tysięcy osób, a ich tam było ponad sześć tysięcy. Do tego stopnia było przeładowane, że spali jeden na drugim. Nie było miejsc w celach, więc rozwozili ich nocami do innych zakładów. Warunki higieniczne, gdzie przebywało ponad 1000 mężczyzn, a nie było wody, były tragiczne, ubikacje zapchane. I właśnie sprawa wody, ubikacji, światła - tzn. agregaty, to wszystko dostarczali misjonarze.
W tym więzieniu było wiele polskich akcentów. Gdy przyszłam pierwszy raz, dowiedziałam się, że jest pod patronatem św. Jana Pawła II, a dzielnica skazanych na śmierć pod patronatem św. Maksymiliana Kolbego. I o godzinie 15.00 w wielu miejscach - bo tam oczywiście przebywają i muzułmanie, protestanci, wyznawcy różnych religii odmawiana jest codzienne koronka do Miłosierdzia Bożego. Oczywiście nie modli się całe więzienie. Są grupki, które odmawiają koronkę do Miłosierdzia Bożego, a przecież tam nie było Polaków. Dowiedziałam się też, że byłam pierwszą Polką, która pracowała w tym więzieniu. Oni bardzo lubią Polaków, bo zawsze kojarzą im się z Janem Pawłem II i Siostrą Faustyną. Tam wszędzie są wizerunki z Janem Pawłem II, wszystko zatrzymało się na św. Janie Pawle II.

Z.W.: - Czego Siostrze życzyć?
A.J.:
- Wytrwałości i ogromnego entuzjazmu do bycia misjonarką TU i TERAZ, wszędzie tam gdzie Pan Bóg zapragnie mnie jeszcze powołać, "Bo żniwo wprawdzie wielkie ale robotników mało". 

Z.W.: - Dziękuję za rozmowę.

Fotografie pochodzą z archiwum s. Agnieszki Jasińskiej





NAJNOWSZE
17.04.2026 r. |...
ZAPRASZAMY 17 kwietnia 2026 o godz. 18:30 na Duo...
Spektakl teatralny...
Zapraszamy na spektakl teatralny "Wpadka" w Centrum...
Historyczna zmiana w...
20 lutego 2026 roku w remizie Ochotniczej Straży...
Spotkanie z...
Szanowni Państwo, Centrum Kulturalne w Przemyślu w...
XX Wielkanocne...
Serdecznie zapraszamy do udziału w XIX Konkursie...


NAJPOPULARNIEJSZE
*Dzień Strażaka* w...
Piątek 5 maja 2017 był szczególnym dniem dla...
Bryg. Daniel Dryniak...
28 kwietnia, tuż po godzinie 13. w Sali Obrad Urzędu...
Spotkanie w PWSW
24 kwietnia 2017 r., na zaproszenie samorządu...
Dar serca
Podzielili się wiedzą, doświadczeniem i...
Noc Muzeów 2017 w...
Serdecznie zapraszamy na Noc Muzeów, która odbędzie...
arrow_upward